Od 1 stycznia w Kraków działa Strefa Czystego Transportu. Miasto zapowiadało spokojne wdrażanie i edukację, ale już w pierwszych dniach pojawiły się kontrole i pierwsze mandaty. Większość kierowców została pouczona, jednak emocji nie brakuje.
Największe kontrowersje słychać poza granicami Krakowa. Kierowcy z okolicznych gmin — osoby dojeżdżające codziennie do pracy, na studia czy do szkół — mówią wprost: dla nich SCT to bariera, a nie zachęta do zmian. Wielu z nich nie ma realnej alternatywy w postaci sprawnej komunikacji zbiorowej, a starsze auta są często jedynym środkiem dojazdu.
Pojawiają się też zarzuty o przerzucanie kosztów transformacji na mieszkańców obwarzanka. Kraków wprowadza strefę, ale konsekwencje najmocniej odczuwają ci, którzy w mieście pracują, uczą się i zostawiają tu pieniądze — choć podatki płacą już poza jego granicami.
Do tego dochodzą akty wandalizmu — niszczone znaki SCT — i zapowiedzi protestów. Jedno jest pewne: SCT przestała być uchwałą, a stała się codziennym problemem tysięcy ludzi. I bez realnego dialogu z gminami wokół Krakowa ten konflikt szybko się nie skończy.